Rano
29 stycznia 2008 roku, w moim pokoju, w akademiku rozległ się głośny dzwonek. Ten
telefon był od mojej mamy.
- Aniu.. musimy się nawzajem wspierać.. wiesz o tym... (...) Poczekaj, pan
doktor chce z Tobą porozmawiać.. - Mama oddała mu słuchawkę.
- Dzień dobry. - Usłyszałam zaraz.
- Dzień dobry - odpowiedziałam osłupiała. Przez myśl, niczym błyskawica,
przebiegły mi same najgorsze scenariusze.
- Słuchaj, twój tata jest w szpitalu na neurologii. - Poczułam jak
każdy mięsień mojego ciała zaczął drżeć.
- ... Co się tacie stało, doktorze?.. - Tata przecież był zupełnie zdrowy! Kilka
dni wcześniej z nim rozmawiałam. Żartowaliśmy, śmialiśmy się.
- Masz dzisiaj jakiś egzamin? Twoja mama coś wspominała. - Zmienił temat.
- Tak, z koreańskiego. - Usłyszałam, że mój głos zaczął się łamać, wzięłam
głębszy oddech, żeby się uspokoić. - Ale co z tatą?
- Zrobiliśmy badania, o 18:00 powinny już być. Jesteśmy dobrej myśli. Słuchaj,
dobrze by było jakbyś już dzisiaj przyjechała do taty. - Odpowiedział mi
spokojnym głosem.
- ..Dobrze. - Odpowiedziałam tylko. W tym tygodniu miałam mieć jeszcze 3
egzaminy i mama dobrze o tym wiedziała, a mimo tego... "Jesteśmy dobrej
myśli, ale dobrze by było jakbyś już dzisiaj przyjechała tutaj." -
Zdecydowanie coś jest nie tak! Zaraz usłyszałam mamę w słuchawce.
- Aniu, wujek po Ciebie przyjedzie, dobrze? Nie przejmuj się. Nic takiego się
nie dzieje. Spakuj sobie parę rzeczy i ucz się spokojnie do egzaminu. - jej
głos był jakby jakiś spokojniejszy, zupełnie inny niż w chwili kiedy do mnie zadzwoniła..
- Dobrze, Mamusiu. Spakuję się i dzisiaj przyjadę. - Zakończyłyśmy rozmowę.
Wiem, że mama płakała.
Zaczęłam się pakować. Łzy nieustannie spływały po moich policzkach. Moje
współlokatorki jeszcze spały, więc miałam czas by się uspokoić i dalej być
"spokojną i poważną Shin". Miałam 8h do przyjazdu wujka. Z każdą
chwilą było jednak coraz gorzej. Wiedziałam, że jest źle. Nie potrafiłam jednak
tego "źle" w żaden sposób zdefiniować, bo nie udzielono mi już innych
informacji. Kiedy pytałam czy tata jest przytomny, usłyszałam "śpi".
Kiedy pytałam dlaczego na neurologii, usłyszałam "później Ci, Aniu,
powiem."
Do szpitala, do taty, dotarłam dopiero o 23. Jechaliśmy 6 godzin. Przez cały
czas myślałam tylko o nim, żeby go zobaczyć, porozmawiać z nim, dotknąć,
cokolwiek... Przed szpital wyszła po mnie mama. Wzięła mnie za rękę. Weszłyśmy
do środka i pojechałyśmy na właściwe piętro. Pamiętam jak moje źrenice się
rozszerzyły, gdy przeczytałam tabliczkę z informacją "Oddział udaru
mózgu". Przyspieszyłam kroku.
Weszłam do pokoju. Podeszłam do łóżka taty. Klęknęłam przy nim, oparłam twarz
na jego rozgrzanej dłoni i zaczęłam płakać. W oczy rzuciła mi się ilość
"kabli", do których tata był podłączony, szalejący na monitorze puls
ponad 160.. (Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przy 180 serce się zatrzymuje)
Pokój wypełniał ciężki oddech taty. Wtedy jeszcze jednak oddychał sam.
*****
Kiedy Wracaliśmy do domu, rozmawialiśmy dużo. Z tego, co mówiła mi mama i mój
brat, mieli dużo nadziei, że wszystko będzie dobrze, że tata wyzdrowieje. Najważniejsze
dla mnie było to, że byłam już z nimi. Że byliśmy wszyscy razem.
*****
- ..Aniu, powiem Ci jak było naprawdę. - była 4 w nocy. Mama przytuliła mnie
bardzo mocno do siebie. - Kiedy jechałaś do do domu, tata miał reanimację. Dzisiaj
dostał drugi udar. Pierwszy dostał dwa dni temu. To jest udar niedokrwienny. Ten
drugi objął prawie cały mózg.. - Nie mogła powstrzymać płaczu - Aniu, jak tata
z tego wyjdzie, to będzie prawdziwy cud.
Nie wierzyłam w to. Zresztą nikt z nas nie wierzył. Zawsze, jeżeli było coś
jest niemożliwego, czegoś, czego się nie dało zrobić - zawsze osobą, która dała
radę, podołała, był mój tata. On się nigdy nie poddaje. Mózg jest
nieprzewidywalny, nawet dla lekarzy. Tata jest silny, jemu uda się!
*****
Okazało się, że w nocy przewieźli już tatę na OIOM.
Inaczej zawsze wyobrażałam sobie ten oddział. Na OIOM-ie było może z 5 osób. Większość
po wypadkach. Tata dostał oddzielną, ale całą przeszkloną salkę. (Wszystkie
monitory pacjentów musiały być skierowane w stronę głównego stanowiska
pielęgniarek)
Tatuś wyglądał na spokojniejszego. Miał równy oddech, nie miał też już
gorączki.
Zaraz po tym, kiedy przyszliśmy, podszedł do nas lekarz dyżurny. Kazał nam
uzbroić się w cierpliwość. Mówił, że trzeba czekać, bo poprawa nie następuje
szybko, może to nawet zająć wiele lat. To się dla nas nie liczyło,
najważniejsze, że była mowa o poprawie. O tym, że kiedyś tata znowu będzie
zdrowy! Dodał także, że tata jest zupełnie zdrowy od szyi w dół. Zupełnie.
Mimo, że był palaczem nie miał żadnych śladów w płucach. Powiedział też,
żebyśmy do niego dużo mówili, bo nas słyszy. Podobno nawet puls
taty zareagował, jak weszliśmy na salę. Tak twierdził lekarz.
Byliśmy pełni nadziei i optymizmu.
Wspieraliśmy go jak tylko mogliśmy.
W salce rozbrzmiewał odgłos pracującego respiratora oraz urządzeń do pomiaru
pulsu i ciśnienia. (do tej pory, kiedy zamykam oczy widzę wykresy pracy serca
taty i słyszę ten charakterystyczny dźwięk *pi* *pi* *pi* (...) )
*****
Następnego dnia, podeszła do nas pani ordynator. Zapytana o stan zdrowia
taty, wprost odpowiedziała: “Jeżeli ma pani jakieś nie załatwione sprawy, proszę je jak najszybciej
załatwić. Nawet już dzisiaj, bo jutro może być za późno. Wyniki są złe."
....
Wieczorem tata miał ciśnienie 90/60.
Bzdura, tata sobie poradzi!
Byliśmy z tata cały czas - tyle tylko, ile było to możliwe.
Opowiadaliśmy mu, że zamontowali nam już całe ogrodzenie (było zrobione wg
projektu mojego taty - z ozdobną literą "M", od naszego nazwiska. Bardzo
podobał mi się zawsze ten projekt), że mój brat ma za kilka dni studniówkę i,
że bardzo podoba mu się krawat, który tata mu wybrał.. Staraliśmy się ze
wszystkich sił, by nasze głosy się nie łamały, by dodawał mu sił.
Pamiętam, że jak wyszeptałam tacie: "Bardzo Cię kocham! Słyszysz, tato? Wszyscy
bardzo Cię potrzebujemy, nie zostawiaj nas!" - Tak rzadko mówiłam tacie
jak bardzo go kocham... chociaż teraz chciałam, żeby to usłyszał.
Widziałam jak na monitorze plus skoczył ze 120 do 150. Po skaczącym pulsie
tylko mogliśmy stwierdzić, że istnieje możliwość, że tata mógł nas usłyszeć..
Było jeszcze kilka takich przypadków. Nie traciliśmy nadziei.
*****
Kolejny dzień.
Tata ma ciśnienie 40/20. Próbują je podwyższyć.
Tata już nas nie słyszy.
Jego dłonie jednak były tak ciepłe, jak zawsze... To było to samo ciepło,
którym nas obejmował i bez słowa, samym uściskiem ramion, mówił nam
"będzie dobrze."..
Tato, rusz palcem! Otwórz oczy! Błagam!!..
*****
"Proszę panią, bardzo mi przykro, ale rdzeń mózgu został uszkodzony. W tej
chwili organizm sam ze swojej strony nie robi już nic. Życie jest sztucznie
podtrzymywane."
Mama, która dla nas była cały czas silna, była naszym wsparciem, w piątek nie
dała już rady.
Pamiętam, jak pielęgniarki na OIOM-ie, które z nami były, płakały.
Zrobilibyśmy wszystko, żeby tata wyzdrowiał. Jedyne, co jednak jestem w stanie
sobie przypomnieć to ta całkowita bezradność.. Tata umiera a my nic nie
mogliśmy zrobić... Nic.. Mogliśmy tylko obserwować, jak co 30 minut mierzy się
ciśnienie i wcale nie jest lepsze. Cały czas spadało, mimo, że dawka leków była
systematycznie zwiększana.
Pamiętam, że jak tego dnia wychodziliśmy z taty sali, wszyscy go bardzo mocno
uściskaliśmy, (uważając oczywiście na wszystkie kroplówki i kable, do których
był podłączony) i złożyliśmy pocałunki na jego gorącym czole.
Rano miała być msza za zdrowie taty.
(- W jakiej intencji chce zamówić pani mszę? - zapytał ksiądz
- Nie wiem... - Jak to wyrazić? - Tata nam jest potrzebny i chcemy prosić Boga,
żeby nam go jeszcze nie zabierał!..
- Dobrze..)
******
Była 6 rano. Zerwałam się z łóżka, by sprawdzić czy nie dzwonili ze szpitala. Nie
zdzwonili. Odetchnęłam z ulgą. Zaraz będzie msza...
W tym samym momencie zapukała do naszego domu ciocia, siostra mamy. Mama
otworzyła drzwi. Po chwili razem podeszły do mnie i bez słowa mnie przytuliły. Nic
nie potrzeba już mówić..
Ja i mama poszłyśmy do brata do pokoju...
Uczestnicy pogrzebu mówią, że był piękny. Mama zrobiła wszystko, by była to
najpiękniejsza uroczystość.. I tak było. Dla Taty. Zasłużył na to.
Kościół był pełen ludzi. Byli wszyscy współpracownicy i taty i mamy z ich
dawnych firm i obecnych, dawani i obecni przyjaciele. Nikt nie wierzył w to, że
Jego już nie ma. Przyjaciele Rafała służyli i pomagali podczas mszy. Wspierali
cały czas Rafała. Byli też moi przyjaciele. Przyjaźń jest piękna. Otrzymaliśmy
bardzo duże wsparcie, zwłaszcza ze strony rodziny.
Teraz wszystko zależy od nas, musimy być silni by się nie załamać, być dla
siebie oparciem. Obiecałam Tacie, że nie będę płakać na Jego pogrzebie ani
później. Dotrzymałam słowa. Nie będę płakać, bo wiem, że nie chciałbyś tego. Tylko
czasami jest tak ciężko...
Tato... Teraz zawsze i wszędzie będziesz z nami, prawda? Zawsze i Wszędzie.